Od dłuższego czasu zastanawiałem się nad założeniem bloga, miejsca gdzie mógłbym dzielić się swoimi refleksjami na temat zjawiska z jednej strony ściśle określonego, z drugiej strony bardzo pojemnego i w ciągłym rozwoju - koncertów muzycznych. Ostateczną decyzję podjąłem wczoraj, po ogłoszeniu kolejnych wykonawców na gdyński festiwal Open'er. To zdarzenie tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że rok 2011 może z całą pewnością kandydować do miana jednego z najlepszych sezonów koncertowych, jeśli nie najlepszego.
Na początku wypadałoby napisać czemu koncerty... Swoją przygodę z tym - jak to wcześniej ująłem - zjawiskiem, jeśli mnie pamięć nie myli, rozpocząłem w wieku 11 lat uczestnicząc w jednym z największych wydarzeń muzycznych śląska - festiwalu Rawa Blues, gdzie miałem przyjemność ujrzenia takich gwiazd jak Big Bill Morganfield, C. J. Chenier czy Alvin Youngblood Hart. Wtedy to połknąłem przysłowiowego bakcyla i z biegiem lat infekcja coraz bardziej dawała się we znaki, aż w końcu stałem się, ku mojej radości (i smutku portfela) przewlekle chory.
Przełomowym był rok 2006 kiedy to po raz pierwszy byłem uczestnikiem kilkudniowego festiwalu muzycznego, jakim była pierwsza [sic!] edycja (jeszcze wtedy) mysłowickiego OFF Festivalu. Pierwszy raz byłem na koncercie rockowym, gdzie nie zajmowałem miejsc na trybunach, tylko poczułem na własnej skórze czym jest wspólnota fanów muzyki zgromadzonych bezpośrednio pod sceną - a było to na koncercie Deep Purple w katowickim Spodku (24.02.2006). Tego samego roku również miało miejsce wydarzenie bezprecedensowe - widziałem na żywo Davida Gilmoura, który zagrał dziś już kultowy koncert w Stoczni Gdańskiej (26.08.2006), który do dzisiaj uważam, i będę to podkreślał pewnie jeszcze wielokrotnie, za najlepszy koncert życia.
W następnych latach ilość koncertów można określić jako - z matematycznego punktu widzenia - ciąg z n dążącym do nieskończoności. Więcej koncertów, więcej wyjazdów, więcej festiwali, więcej... Aż w pewnym momencie przestałem ślepo patrzeć na scenę i oddawać się tylko i wyłącznie muzyce i atmosferze, zacząłem patrzeć między nuty i wiersze, na to, czym koncert w rzeczywistości jest - na realizację, oprawę, nagłośnienie, wizualne rozwiązania, zachowania ludzi, zabiegi artystyczne; zacząłem je porównywać, analizować i wyciągać wnioski, chcąc dojść do tego czym jest koncert we wszystkich swoich aspektach.
Dzisiaj, bazując na swoim profilu last.fm, gdzie zapisuję każdy koncert, na który się wybieram, mam za sobą (około) 93 wydarzenia muzyczne, do czego zaliczają się koncerty pojedyncze, czyli takie, kiedy dany zespół przyjeżdża na występ do danego miejsca, nie grając w ramach danego festiwalu; festiwale muzyczne, gdzie można zobaczyć dowolną ilość zespołów (festiwale jedno- bądź kilkudniowe), i własne występy. Odnotowuje również ile zespołów widziałem na żywo (także za pomocą last.fm). Liczbą tą na dzień dzisiejszy jest 364 wykonawców (niektórych widziałem wielokrotnie np. Deep Purple - 3; Massive Attack - 2 itd.). Mogłem oczywiście kogoś pominąć, w wypadku na przykład tylko kilkuminutowego oglądania małego koncertu na jakimś festiwalu.
No tak, tylko po co to wszystko... Celem mojego bloga jest podzielenie się obserwacjami i wnioskami płynącymi z tychże wypadów, jak również analizowanie ważnych i przełomowych występów na żywo - takich, które odcisnęły piętno i bezpośrednio wpływają na to jak się dzisiaj gra koncerty. Nie zabraknie Woodstocku, spektakli Pink Floyd, kosmicznych show Funkadelic, rock oper, jak i klubowych koncertów polskich gwiazd, czy zupełnie nieznanych zespołów gdzieś w zadymionych knajpach. Wszystkie z nich są w pewien sposób znaczące i pozwalają na dostrzeżenie pewnego aspektu omawianego tematu. A jest on niezwykle interesujący, nie tylko ze względu na to, że można go analizować jako zjawisko audiowizualne, mogące być poddanym kulturoznawczym badaniom, ale również mieści się w ramach takich nauk jak muzykologia, psychologia, socjologia. Niejedna książka została napisana na ten temat... i niejedna zapewne będzie napisana.
Przede wszystkim jednak koncert to zjawisko bliskie nam wszystkim, to czysta rozrywka. Chodzimy na nie dlatego, by na chwilę zapomnieć o świecie zewnętrznym, "pozafestiwalowym" czy "pozaklubowym" i zagłębić się w tonach emocji, jakie niesie muzyka i ta niepowtarzalna atmosfera.
Na zakończenie parę słów o tytule bloga. Jest to oczywiście odwołanie do gatunku, jeśli tak to można określić, tego zjawiska jakim jest koncert. Niewątpliwie połączenie dźwięku i wizji jest czymś co może charakteryzować występy na żywo - połączenie tego co dostajemy na płytach w połączeniu z bezpośrednim obcowaniem z artystą. Tytuł jest jednocześnie odwołaniem do artysty, który niezwykle zasłużył się w dziedzinie koncertów. David Bowie nagrał w 1977 roku płytę "Low", będącą pierwszą z słynnej Trylogii Berlińskiej. Czwartym utworem na albumie jest właśnie "Sound and Vision", która co ciekawe została tylko jeden raz wykonana na trasie promującej ten krążek, a było to podczas występu w Earl’s Court, w zachodnim Londynie, 1.07.1978. Jednakże dwanaście lat później Bowie nazwał całą swoją trasę od tej piosenki - "Sound+Vision Tour". Była ona promocją dzisiaj już nieco zapomnianej kompilacji zatytułowanej właśnie "Sound + Vision" z 1989 roku. Parę koncertów zostało nawet nagranych, a materiały dostępne są na youtube. Trasa ta nie była oczywiście szczytowym osiągnięciem Bowiego, same występy były dość standardowe, bez znaczących udziwnień. Zresztą, temu "kosmicie" i absolutnej ikonie muzyki rozrywkowej poświęcę miejsce jeszcze w niejednym wpisie. Tymczasem chciałbym zakończyć mój debiutancki wpis wcześniej wspomnianym nagraniem "Sound and Vision", życząc miłego słuchania, obserwowania i myślenia.
Pozdrawiam
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz